wtorek, 6 grudnia 2011

Od dziecka wyszywałam....

Pani Alicja wychowała się w Werpolu. Obecnie mieszka w Siemiatyczach. Wyszywanki pani Alicji zyskały uznanie wśród baciuszków z okolicznych cerkwi, gdzie wiszą jej prace. Rozmowa o życiu, wyszywaniu i wierze...












Anna: Pani Alicjo kiedy nauczyła się Pani wyszywać?

Alicja: Kiedyś to mam głównie tkała, haftowała. My jako dzieci nie mieliśmy takiego przymusu. Każdy robił to, do czego miał talent. Ja zajęłam się wyszywaniem późno, jak już byłam mężatką. Zaczynałam od wyszywania krzyżykowego. Wtedy nie było wzorów takich jak teraz, że nie musisz liczyć oczek. Musiałam sama stworzyć wzór, policzyć oczka i szyłam na wyczucie. Teraz jest łatwiej. Można kupić gotowe, rozrysowane oczka, ale ja i tak wolę mieć wzór i sama nałożyć go na płutno.


Jaką rolę w pani życiu spełnia obecnie wyszywanie, a jaką spełniało kiedyś jak była pani dzieckiem i obserwowała tkającą matkę?
 Kiedyś nie myślałam, że będę wyszywała. W ogóle mnie to nie interesowało, więc nie szyłam. Teraz jest to moje hobby. Czasem spędzam przy wyszywaniu kilka godzin wieczorem. Dlatego wykonanie niektórych prac zajmuje mi nawet kilka miesięcy.
Czy sprzedaje pani swoje prace?
Nie. Wie pani, tutaj nikt nie ma pieniędzy na takie wydatki. To nie kosztuje tyle ile zwykła bluzka, bo kosztowało mnie to kilka tygodni pracy, więc jak to policzyć. Zostawiam te prace na prezenty...

Czy pani znajomi wiedzą, ze pani haftuje?
Niektórzy tak, ci których obdarowałam. Ale wie pani jak jest dzisiaj. Kiedyś było inaczej- nie było telewizji, więc wszyscy spotykali się razem po szkole u kogoś, albo przesiadywało się na ławce przed płotem (uśmiech) A teraz każdy siedzi we własnych czterech ścianach, sąsiedzi się nie znają. Uważam, że jest to duża wada.

Czy pamięta pani Werpol z czasów dziecięctwa?
Trochę, ale nie dokładnie. Było wtedy dużo dzieci i było wesoło... pomagało się rodzicom. Nie było tak jak dzisiaj, że wszystko jest, można wyrzucić, bo zaraz można kupić nowe. Wszystko się szanowało.Butelki po oranżadzie zbierało się, by je później sprzedać i kupić sobie coś innego. Niczego się nie wyrzucało, zbierało się odkładało...taki recykling. A jak zarobiło się trochę grosza to oddawało się matce, tak by móc powiedzieć, że samemu zarobiło się na chleb. A teraz jak młodzi zarobią, to nawet nie pomyślą o rodzicach. Ale to inne czasy i na pewno mają inne problemy. My w szkole to na drewnianych liczydłach liczyliśmy... (uśmiech)

A jak kiedyś podchodziło się do wiary?
Wiara to była ważna rzecz. Z resztą dla większości ludzi z mojego pokolenia wciąż jest. Teraz te cerkwie są inne, zwyczaje trochę się zmieniają. Wystarczy spojrzeć na współczesny ubiór. Kiedyś nawet mała dziewczynka musiała mieć w cerkwi chustkę na głowie, a teraz dorosłe panny przychodzą w krótkich spódniczkach do cerkwi. Ostatnio byłam na Ukrainie. Tam dopiero widać wiarę na ulicach. Wszyscy wierzą, ale tam też jest wiele cudów.

Dlaczego wyszywa pani także katolickie wizerunki świętych?
Wyszywam różne wizerunki Matki Boskiej. Przecież to ta sama Maryja, tylko w innej formie. Wyszyłam też Jana Pawła II i obecnego papieża, ale tego pierwszego już oddałam.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia :)

Brak komentarzy: